Informacja to potęga. Informacja to cenny towar. Wiedzą o tym firmy handlujące naszymi danymi osobowymi. W dobie Web 2.0 sami udzielamy tych informacji często wyrażając świadomie lub nie zgodę na ich wykorzystanie. Jak dużo przekazać żeby zachować prywatność? Szczerze? Żeby zachować prywatność trzeba odłączyć kabel (albo modem). Będzie o prywatności i publikacjach w Internecie.
Najpierw anegdotka. Odprowadzam na pociąg rodzinę. Rodzina nawiązuje na peronie kontakt z przemiłą dziewczyną zaczynając od “Pozwoli Pani, że się przedstawię …”, na co otrzymuje odpowiedź “Bardzo mi miło Magda”. W oczekiwaniu na pociąg mile płynie rozmowa. W końcu pociąg podjeżdża. Jak to przy wsiadaniu, zamieszanie, trochę rozgardiaszu żeby zdążyć. Pomagamy sobie z walizkami. Zostawiam rodzinę z nowo poznaną towarzyszką pytając na odchodnym: “Czy zaopiekuje się tym miłym Panem, Pani Magdo?”. W odpowiedzi widzę uniesioną ze zdziwienia i niedowierzania brew i słyszę “Tak, ale skąd Pan zna moje imię?”
Dwa lata temu interesowałem się komercyjnym inforbrokeringiem, czyli znajdowaniem informacji i jej sprzedażą. Usługa rozpowszechniona jest w krajach o większej świadomości ile warta jest dobra informacja oraz ile warty jest czas niezbędny do jej wyszukania. Do dziś słyszę zdziwienie w głosie. Płacić? przecież sobie wy-googlam. No ale nie o tym. Parę moich doświadczeń w temacie publikacji i prywatności w Internecie.
Nie ma prywatności.
Cokolwiek wrzucasz do sieci traktuj jak publiczne. Trzeba sobie to wbić do głowy. Pliki są kopiowane, archwiwizowane w celach zabezpieczeń, albo przeglądane przez wesołych administratorów. Wiara w to, że jeśli na okienku z chat’em jest napis “rozmowa prywatna” to jest ona prywatna, niejedną już osobę wyprowadziła na manowce. Sto razy lepiej zadzwonić, ponieważ …




Ostatnio komentowane