Archive for the ‘Psychologia’ Category
Professor Risk
Najpierw wizualizacja czyli wyobraź sobie cel
Aby skuteczne osiągnąć cel należy w pierwszej kolejności wyobrazić sobie efekt końcowy.
Tyle teoria. Pytanie brzmi czy jest ona skuteczna?
Pewnego pięknego wiosennego dnia przyjaciel zaproponował w ramach prezentu urodzinowego wybranie się na strzelnicę. Przy całym moim spokojnym usposobieniu strzelanie, o czym pisałem niedawno, ma w sobie coś co mnie przyciąga od zawsze. Prezent był więc jeśli tak można powiedzieć “trafiony”. Wybraliśmy sportową strzelnicę na warszawskich Bielanach. Strzelaliśmy z broni krótkiej. Po 2-3 seriach zamieniłem za radą instruktorki Sigsauer’a na Glock’a ze względu na mniejszą wagę. Dwóch facetów w towarzystwie kobiety wytrzyma bez rywalizacji maksymalnie 15 minut, a w naszym towarzystwie kobieta była. I to nie jedna. Podchodziliśmy właśnie do ostatniej decydującej rundy, kiedy instruktorka zmieniająca tarczę oznajmiła, że zakłada tarcze okrągłe bo te z postaciami się skończyły. Zażartowała przy tym do mnie: “Wie Pan, zawsze może Pan uruchomić wyobraźnię i strzelać do “postaci”. Tamtego dnia moja wyobraźnia (również emocjonalna) była w wyjątkowo dobrej formie.

Niestety nie miałem Szarika aby udowodnić, że ostatni pocisk poszedł jednym z poprzednich otworów.
Wyobraź sobie że to się już stało. Przymknij oczy i wykreuj tą sytuację. Postaraj się poczuć wszystkie emocje jakie będziesz odczuwać kiedy cel zostanie już osiągnięty. Zatrzymaj w sobie te uczucia i do dzieła.
Temat opanowania niepokoju, który ogrania nas, widząc jak wiele możemy osiągnąć odpowiednio nastawiając się do sprawy, pozostawiam już każdemu do rozwiązania we własnym zakresie.
Kupowanie rzeczy czyli czy ten dysk jest cichy?

Kupowanie to emocje
Będzie o tym jak kupowałem. Tym razem dysk zewnętrzny do MacBooka. Co mną kieruje w czasie podejmowania decyzji o zakupie? W jakim stopniu można polegać na recenzjach w internecie i sprzedawcach w sklepie w celu podjęcia właściwej decyzji? Jeśli tylko skanujesz lub nie interesuje Cię psychologiczno-opisowa część wpisu, na końcu znajdziesz nazwę zwycięzcy prywatnego konkursu.
Mam bardzo subiektywny i emocjonalny stosunek do swoich zdjęć. W związku tym, kasowanie pliku z obrazem wiąże się z wyjątkowym bólem. To nic, że nic nie widać. Być może za 10 lat wynaleziona zostanie technologia, która pozwoli coś zobaczyć. Przez chwilę dałem się przekonać (sam sobie) o zbędności posiadania 10 identycznych niedoświetlonych ujęć. Pełna matryca skutkuje plikami na poziomie ponad 20MB sztuka. Odkrycie trybu sRAW pomogło tylko trochę, bowiem szybko zostało zniwelowane przez odkrycie bracketing’u ekspozycji.
I tak nadeszła chwila kiedy to dysk zewnętrzny zaczął mnie błagać od przestrzeń “życiową”. No to myk. Szybka wycieczka do sklepu dla inteligentnych inaczej. Rozmowa z Panem, który wiedzę posiada z napisów na pudełkach. Jego rekomendacja produktu w promocji. Po godzinie podłączałem do portu USB, czarnego “potwora” o pojemności 1TB firmy TrekStore. Cóż za radość. Pojemny, ładny. Ma się tego nosa do technologii i zakupów.
O tym, że decyzje bez zastanowienia są zwykle błędne wiedziałem już dawno. Skoro jednak ktoś, nazywa mnie od czasu do czasu “słońce” to mogę mieć również zaćmienia. Kultura pracy przypominała sieczkarnię po sezonie żniw. Sieczkarnię schowaną w stodole odległej o kilkanaście metrów, ale zawsze. Przy porównaniu do poprzednika było nieźle. 5-letni już dysk 160GB w skręcanej ręcznie obudowie za 20 zł pracował jak diesel koparki na 30 stopniowym mrozie. O czym przekonałem się niebawem to fakt, iż zakupiony dysk odmontowywał się w najmniej oczekiwanym momencie. Najchętniej w czasie kopiowania. Po miesiącu uznałem zatem, że mój monitor (stojący PRZED dyskiem) może wziąć wszystkie niecenzuralne zwroty pod adresem dysku do siebie i przestać wyświetlać.
Trzeba było pogodzić się z przegraną i zagrać jeszcze raz. Siedziałem właśnie patrząc na stronę z nazwą na G. Wstukałem “mac dysk zewnętrzny” i zanurkowałem w sieć. Po godzinie przeglądania specyfikacji miałem wstępny ogląd. Następnego dnia kontynuowałem badania. Z lubością wpatrywałem się w fortepianowo politurowany LaCie i z jeszcze większą przyjemnością na cenę zwykłej obudowy i dysku. Przejrzałem fora dyskusyjne, co chwila grzęznąc w wątkach pobocznych o kolorze kabla do połączenia lub przewagi marki X nad marką Y ogólnie. Może RAID bo piszą że szybki. A może jednak ten pomarańczowy Lacie? Piszą, że mozna nim rzucać. Nigdy nie wiadomo kiedy mi sie zachce rzucać dyskiem. Pomyślałem, że zapytam Jego Eminencję Mądrość Zbiorową zwaną potocznie Blip’em. Blip w osobie 1 użytkownika odpowiedział dostojnie, że i owszem Western Digital pracuje bez zarzutu 24 godziny na dobe od roku.
Po kolejnej godzinie dotarło do mnie, że nie odpowiedziałem sobie na pytanie: “Co jest dla mnie ważne?”. Jest więc wielce prawdopodobne, że spędzę jeszcze parę takich godzin, po czym zmęczony “natłokiem informacji”, wybiorę dysk najtańszy lub polecany przez sprzedawcę. Czyli powtórzę błąd.
“Co mogę zrobić”? Wbrew obiegowemu stwierdzeniu, myślenie boli. Niechętnie więc przyznałem się sobie, że powinienem określić własne potrzeby i preferencje. Ale jak? Kiedy myśli biegają jak mrówki po włożeniu kijka w ich chałupę. Mój wzrok przypadkowo padł na książkę “Jak pytać by uzyskać to czego chcesz”. No przecież! Mam już wiedzę w głowie.
Określanie potrzeb
Do czego mi ten dysk?:
- Podstawowe miejsce składowania multimediów. Przede wszystkim zdjęć, z możliwością komfortowej pracy z plikami na tym dysku.
- Bieżąca kopia bezpieczeństwa – backup. Nareszcie Time Machine pokaże co potrafi.
- Do biura. Wynosił go nie będę. A jeśli nawet to od wielkiego dzwonu.
Czemu chcę kupić nowy?
- Aktualny dysk robi mi psikusy z rozłączaniem się i pracuje za głośno.
Jak dysk byłby idealny i spełniał te warunki?
- Pojemny – Im więcej tym lepiej. Miejsca na dysku nigdy nie było za dużo. Niezależnie od wielkości. W perspektywie 2 lat i tak zabraknie.
- Szybki – Jeden dzień z aparatem to często 8 lub 16GB. Poza tym chcę pracować na plikach znajdujących się na tym dysku.
- Niezawodny – Poprzedni dysk potrafił się odmontować w dowolnie wybranym momencie, który uznał za właściwy. Ma sie nie psuć. Czas poświęcony na zajmowanie sie sprawami serwisowym to strata finansowa.
- Cichy – Od czasu wywalenia z domu PC’ta brak hurgotania, świszczenia, brzęczenia lub jakichkolwiek innych odgłosów postrzegam jako zaletę.
- Ładny – Design, design, design. Będzie stał na biurku i będę na niego patrzeć klika godzin dziennie. Nie chce patrzeć na wczesno-radziecką wersję maszyny do pisania.
- Tani – Czasy niełatwe, szastanie pieniędzmi niewskazane.
- Przyzwoity serwis – Życie nauczyło, że w polskich warunkach naprawa może trwać dwa tygodnie dni. Byle nie cztery miesiące.
Preferencje i priorytety
No to mamy zestaw, który już na pierwszy rzut oka wygląda jak wymagania panny na wydaniu w stosunku do przyszłego małżonka, zwanego pieszczotliwie Książę z Bajki. Niestety książęta są towarem deficytowym. Na potwierdzenie polecam obejrzeć Shreka. Trzeba było uporządkować priorytety. Wybrać dwa albo 3 na których mi najbardziej zależy.
- Niezawodny – Odmontowywanie w dowolnym momencie czasie pracy to dyskwalifikacja niezależnie od jakości pozostałych parametrów.
- Szybki – W subiektywnym sensie np. braku mojej irytacji na czas generowania pełnego podglądu zdjęcia. Czas to pieniądz. Wydam tutaj to zaoszczędzę na bezproduktywnym patrzeniu na pasek postępu na monitorze.
- Cichy – Na pewno nie traktor. Sieczkarnia też nie. Ma być cisza. Na tym etapie już wiedziałem że zero wiatraków.
- Ładny – Japko przyzwyczaiło mnie do estetyki. Być może ohydnie wykonany dysk zewnętrzny spełnia swoją funkcję ale jeśli mam patrzeć na niego codziennie to mogę nie dać rady mentalnie.
- Pojemny – Z wyliczeń wychodziło że 1TB to godziwy wybór. Ale jeśli da radę 1,5 lub 2TB to nie będę zmartwiony.
- Przyzwoity serwis – Jak dysk się sypnie to mam drugi gorszy. Komfort pracy mniejszy ale nie ma ciśnienia.
- Tani – Skoro cena została na końcu to najtańszy spełniający powyższe warunki. Ewentualne obniżki mogę uzyskać z punktu 4 lub 5
Weryfikacja wirtualna
Pierwsze trzy priorytety na tapetę i czas na poszukanie dostępniej wiedzy i jej weryfikację. Co mogę sprawdzić nie wychodząc z domu. Teoretycznie bazując na opiniach od użytkowników wszystko. No to przepatrzyłem dostępną wiedzę w internecie, starając się zwracać uwagę na jakość informacji.
Niezawodny.
Nie od dziś wiadomo, że nie wszyscy potrafią robić sprzęt współpracujący z Makami. Po przejrzeniu forów i blogów makowych na czołówkę wsunął się dysk Western Digital z serii My Book Studio. Za nim Seagate FreeAgent później Lacie. Filtrowanie informacji zajęło mi sporo czasu. Np. mamy na forum wpis “Dysk jest super, niezawodny i bezawaryjny. Jestem z niego bardzo zadowolony“. I cztery wpisy dalej “… mam go już 2 tygodnie.” ![]()
Szukałem wpisów typu “działa od roku bez większych problemów”. No i druga rzecz, stabilność we współpracy z laptopem. Gdzieś kiedyś usłyszałem: “Chcesz mieć święty spokój weź FireWire”. Warto było się przyjrzeć tematowi. Zwracałem uwagę na wpisy ludzi, którzy nie mieli pojęcia czym się różnią te dwa standardy poza wtyczką.
Szybki.
Wąskim gardłem jest interfejs połączeniowy, więc temat milisekund dostępu zostawiłem w spokoju. Do tej pory byłem zawsze wybierałem USB. Kwestia ilości kabli, możliwości podpięcia do drugiego komputera typu PC . Standard bardziej znany no i prędkość. USB 480 Mb/s a FireWire przecież mniejsza “tylko” 400 Mb/s.
Ziarno niepewności zasiał test praktyczny u Alexa P. Zacząłem szukać więcej informacji przedzierając się przez tony wpisów o charakterze “mam dysk USB i on jest najlepszy bo go mogę podpiąć u cioci”.
Twardych informacji było mało, jednak sporo lakonicznych wpisów typu: “Weźmiesz FW to na USB nie wrócisz” utwierdzało mnie w przekonaniu, że to dobry wybór. Czemu przekonywał mnie wpis bez argumentacji? Bo sprawdziłem, że piszący je człowiek bardzo ceni sobie swój czas lub go nie ma np. w innym wpisie podaje czemu nie pisał od 3 tygodni. Osoba mająca mało czasu lub go bardzo szanująca zwykle przykłada dużą wagę do kupowania rzeczy niezawodnych i bezproblemowych w obsłudze.
Cichy. Tu zrobiło się najciekawiej. Jak ocenić czy dysk jest cichy. Oczywiście w szkole uczyli o decybelach. W głowie nawet została informacja, że 3dB to dwa razy ciszej lub głośniej, w zależności, w którą stronę. Mało kto podaje dane. Dość szybko poddałem się uznając kategorię za zbyt subiektywną do oceny wirtualnej.
Oczywiście trafiłem na wpisu “Dysk postawiony na biurku tworzy dyskomfort a jak stoi pod biurkiem to da się wytrzymać”. Nie odpowiadały mi jednak one na pytanie: “Czy JA będę w stanie wytrzymać”. Poza tym, jakość informacji była mizerna bo brakło mi już czasu na weryfikację czy pisze to 18-latek słuchający na muzyki z pełną głośnością czy też 50-latek lubiący spokój i chwile ciszy.
Po tej rundzie wiedziałem już
- jakie dyski z imienia i nazwiska wchodzą w rachubę.
- że chce sprawdzić praktycznie FireWire nie bazując na numerkach tylko na odczuciu czy dla mnie jest wystarczająco szybko.
- że temat głośności mogę sprawdzić tylko i wyłącznie nadstawiając własne ucho.
Weryfikacja w rzeczywistości
Western Digital My Book Studio.
Nie musiałem nigdzie chodzić. Przypomniałem sobie, że taki dysk parę miesięcy wcześniej stał u mnie na stole w pokoju dziennym. Przy okazji wizyty jego właściciela w celu zgrywania 8GB pliku. Po naciśnięciu przycisku ON/OFF odezwała się sieczkarnia. Nowszy model plastikowej sieczkarni ale wciąż sieczkarnia. Słyszałem go nawet wychodząc do toalety. Biały szum zniknął w czasie gdy puszczałem wodę z kranu. Powszechnie wiadomo, że leczenie rozwolnienia powiększaniem sedesu nie jest dobrą metodą. SKREŚLONY i priorytet cisza poszedł do góry.
LaCie
Ta piękna czerń kusiła. Przypomniałem sobie, że mogę zadzwonić do człowieka który dystrybuuje spore ilości dysków różnej marki. “Który polecasz?” zapytałem bez podpowiadania swoich preferencji. Jako jedno ze zdań padło “Z Lacie mamy sporo zwrotów serwisowych”.
Nie będę wnikał czy to dysk czy zasilacz. SKREŚLONY bo bezawaryjność to podstawa .
Seagate FreeAgent
Tenże sam ww. znajomy wypowiadał się neutralnie o Seagate. Czyli mam potencjalnego zwycięzcę walkowerem. Czas się umówić na rendez-vous z kandydatem. Tylko gdzie? Supermarkety odpadają. Targów lub wystawy na horyzoncie nie widać. W kręgu znajomych modelu brak. Pozostaje przedrzeć się przez niechęć sprzedawcy do rozpakowywania modelu i podłączania celem sprawdzenia.
Wolta z przypadku
W czasie poszukiwania gdzie mogę obejrzeć Seagate przypadkowo w iSpocie zobaczyłem dysk Iomega UltraMax.
Zagrały emocje. Po pierwsze przypomniałem sobie czasy dyskietek 3,5″ kiedy jedyną z metod przenoszenia dużych plików były dyskietki 100MB właśnie tej firmy. Trwałe i niezawodne urządzenie, które do dziś leży gdzieś w piwnicy. Po drugie dysk był ładny przypominając z wyglądu “dużego” Mac’a. Po trzecie w ręku sprawiał solidne wrażenie metalową obudową.
Na półce stała wersja 1TB. Wolałem 1,5TB. Na pytanie czy mogę ją sprawdzić, sprzedawca uniósł jedną brew mówiąc, że są identyczne i różnią się tylko pojemnością. Byłem uparty. Zaproponował więc sprowadzenie 1,5TB. Umówiliśmy się za 2 dni.
W międzyczasie wróciłem do weryfikacji wirtualnej. Niestety mądrość zbiorowa milczała. Były tylko 2 wątki z pytaniami bez odpowiedzi. Za mało sprzętu na rynku. Wcale się nie dziwie biorąc pod uwagę cenę i nowość produktu. Sam się zastanawiałem. Anioł (strażnik kasy) mówi: To 30% drożej niż zakładałeś. Diabełek na to: Przecież Ci się podoba ![]()
Widziałem, że nie zweryfikuję niezawodności czyli priorytetu numer 1. Miałem natomiast już dobre doświadczenie z marką. Czy zaufać doświadczeniom w najważniejszym priorytecie? Przecież nawet najlepszym zdarzają się wtopy.
Dwa dni później podpinaliśmy w sklepie dysk. Najpierw 1,5TB. Włącznik na ON i … ulga bo nie słychać. To znaczy słychać, ale tylko lekki biały szum samych talerzy. Żadnego warkotu lub świszczenia obudowy. W iSpocie jest relatywnie głośno, więc biorę poprawkę i przykładam ucho. Będzie dobrze. No to FW400. Przewraca się bull-shit o parametrach. Marketingowe 400MBit/s jest ewidentnie szybsze niż 480MBit/s w USB. Czas na rollercaster podpinamy FW800. I to jest komfort pracy porównywalny z dyskiem wewnątrz laptopa. Meczę dysk “w tę i nazad” oczekując, że pod obciążeniem będzie głośniejszy. Nie jest bo nie ma wiatraka. Metalowa obudowa tworzy radiator.
Po pół godzinie podejmuje mentalnie decyzję na tak. Sprzedawca to widzi, więc prośbę o podłączenie dysku 1TB, traktuje z pobłażliwym uśmiechem (przecież mówiłem ze takie same).
Włączam dysk i … nic. Dioda się pali ale chyba dysk chyba walnięty. Zero dźwięku, zero wibracji … odruchowo podłączam kabel FireWire i dysk pojawia się w systemie. Przykładam ucho. Nie słyszę nic. Podłączam znów 1,5TB słyszę szum. Powtórnie 1TB nie słychać nic poza sporadycznym klikiem głowicy. Sprzedawca patrzy już na mnie podejrzliwie. Na pytanie “Słyszy Pan różnicę?” potakuje grzecznie starając ukryć myśli “Ale mi się cudak trafił”.
Przypominam sobie, że dyski o różnej pojemności mogą mieć różną konstrukcję i być może stąd różnica głośności.
Pytam o awaryjność i serwis.
- Nie mieliśmy zwrotów a sprzedaliśmy trochę.
- Co znaczy trochę?
Widzę tajemniczy uśmiech w stylu “dane tajne”. Nie ma pojęcia ile sprzedali.
W temacie szybkości napraw gwarancyjnych też się nic nie dowiem, bo nawet nie ma pojęcia kto jest dystrybutorem.
- Proszę się nie martwić jest roczna gwarancja.
Na “proszę się nie martwić” jestem uczulony.
- Mogę zobaczyć kartę gwarancyjną?
- Gwarancją jest faktura – mówi z poważną miną.
Zaczynam się śmiać do siebie w duchu. No tak faktura jest gwarancją odliczenia kosztów w firmie. Gwarancja jest zobowiązaniem dobrowolnym producenta lub sprzedawcy. Bez otrzymania warunków spisanych w dniu sprzedaży, mogą się one dowolnie zmienić. Punkt szósty ewidentnie kuleje. Ale jest szósty na liście a poza tym czuję, że nie chce już poświęcać czasu na kolejne weryfikacje. iSpot nie jest taki zły w obsłudze po-sprzedażowej klienta. No i zawsze jest marka, o którą warto dbać.
This is the end my friend … and the Oscar goes to …
Iomega UltraMax 1TB.

Podsumowanie
Od 2 miesięcy dysk dumnie mruga niebieską diodką stojąc na biurku. Cichy i niezawodny urzeka mnie jednocześnie szybkością i wyglądem. Taki niepozorny pomocnik wykonujący rzetelnie codzienną robotę. Gdyby stał pod biurkiem niechybnie bym o nim zapomniał.
A dla mnie sporo rożnych wniosków, wiedzy i luźnych spostrzeżeń.
- Poświęcając czas na określenie co jest dla mnie ważne, łatwiej i szybciej jest mi podjąć właściwa decyzję. Również w sklepie.
- Weryfikacja informacji na forach dyskusyjnych jest najczęściej obarczona błędem nieznajomości priorytetów wypowiadających się tam internautów. Ich poznanie zajmuje sporo czasu.
- W przypadku cech produktu typu głośność, branie pod uwagę opinii “jest cichy” nie ma większego sensu, ze względu na ogromny relatywizm w komunikacji.
- To co jest napisane na pudełku lub w prospekcie mija się z prawdą co najmniej o 50%. Jest takie powiedzenie, że pół prawdy do całe kłamstwo. Trzeba o tym pamiętać i weryfikować nawet oczywiste dane.
- Koszt samodzielnej weryfikacji (wyrażony w pieniądzach) był większy niż wartość kupowanej rzeczy (poświęcony czas przemnożony przez cenę za jaką sprzedajesz godzinę swojego życia, o której pisał parę lat temu Alex B.).
- Przy tańszych rzeczach warto rozważyć znalezienie człowieka, który ma zbliżone priorytety i posiada podobną rzecz. Zweryfikować osobe podpytująć trochę. Po czym kupić rzecz bez dalszego zastanawiania się. Będzie taniej przy podobnym ryzyku.
- Końcowa decyzja nie musi się trzymać w 100% początkowych założeń, najważniejsze żeby w 100% od nich nie odbiegała.
- Mój natywny sposób weryfikacji informacji – (N) intuicja – słabo się sprawdza w tego typu sytuacjach. Potrafię się przełączyć na (S) postrzeganie, o ile tylko mocno tego pilnuje. Przy podejmowaniu decyzji natywne odczucia (F) grają wciąż pierwsze skrzypce, więc przy poważniejszych decyzjach warto rozważyć ochłonięcie, nawet jeśli ktoś mówi że okazja jest tylko dziś.
- Sprzedawca to nie doradca. Zadaniem sprzedawcy jest sprzedawać. Twoje potrzeby najprawdopodobniej są gdzieś. Jeśli masz masochistyczne usposobienie możesz ewentualnie dopytać gdzie.
- Zakupy robię kierując się emocjami. Sprzedawcy o tym wiedzą. Im bardziej “przygotowany” pójdę do boju tym mniejsza szansa, że dam się namówić na wyjątkowa promocję, która kompletnie nie odpowiada moim potrzebom.
- Ewidentnie pod wpływem emocji zamieniam priorytety. Zamiast Niezawodny, Szybki i Cichy zrobiło się Ładny, Cichy i Szybki z myśleniem o niezawodności.
- W temacie zakupu sprzętu elektronicznego, chęć aby coś działo bez zarzutu, powoli przesuwa mnie z wiekiem z grupy Early Adopters na początek peletonu zwanego Early Majority.
- Nie potrafię pisać krótko
Zawodowo zajmuje się między innymi doradzaniem. Czy mogę z czystym sumieniem polecić Ci ten dysk jeśli masz podobne priorytety?
Z czystym sumieniem NIE. A właściwie JESZCZE NIE.
Wpadnij za rok wtedy w puzzle będzie brakujący element o bezawaryjności. Chyba, że w tym temacie chcesz się oprzeć na moim zaufaniu do marki Iomega. Wtedy TAK. Kupuj sprawdzając dla pewności konkretny egzemplarz w sklepie. A później delektuj się błogą ciszą i lub subtelnie sączącą się muzyką z radia. Brzęczenie pozostawiając muchom, które niebawem się obudzą.
Droga do szczęścia
Zdarzyło mi się w ramach wyjść kulturalnych być na film Droga do szczęscia (Revolutionary Road). Późny seans w kinie Luna i w miarę puste kino sprzyjało spaniu, “konwersacji” z przyjaciółką lub emocjonalnej integracji z wyświetlanym obrazem. Ostatnimi czasy stosuję świadomie “go with the flow” więc było wszystko jedno. Siadając w fotelu przed oczami pojawił się obraz gazetowej recenzji. Tym razem nie o wiatr we włosach chodzi. Kaśka i Leo. Zapowiadało się ciekawie. Ich wspólne figury sceniczne odcisnęły swoję piętno na różnych branżowych produkcjach.
Film wciągnął mnie bez reszty (na szczęście przyjaciółka wyrozumiała). No dobra to może do rzeczy. Ona pamięta iskrę w jego oku, która zgasła stłamszona codziennością. Niechcianą ale akceptowaną z lenistwa i dla wygody. Ona wie jakie są jego marzenia. Proponuje wyjazd do Paryża. Po szczęście. Po siebie. Auto-magicznie życie nabiera kolorów. Nie wydaję się już takie szare. Znajomi i przyjaciele odwodzą, zazdroszczą, wątpią. Zaczyna działać mechanizm balastu… po resztę zapraszam do kina.
Odwaga
Aby robić coś co nie trzyma się utartych norm i konwenansów. Czasem pod prąd. Pomimo. Bez kompromisów. Czy zdarzyło wam się kiedyś wpaść na pomysł tak “szalony”, że powtórna myśl o nim zmuszała ze miliony gruczołów ekrynowych do pracy ponad siły? Gdzieś w środku wszystko mówi zrób to. Ale człowiek rozumna istota jest. Głowa mu podpowiada, iż to niemożliwe aby samodzielnie na tak wspaniały pomysł wpaść. A już na pewno niemożliwe żeby go samodzielnie zrealizować. Trzeba weryfikować. Wynajdujemy osoby, które naszym zdaniem zweryfikują nam przydatność. Rodzina, przyjaciele, znajomi. Autorytety intelektualne lub moralne . I jesteśmy na najlepszej drodze do ciemnej strony mechanizmu zwanego …
Balastowanie
Wszechświat dąży do równowagi. Takie przemyślenie sprzed paru tysięcy lat z części naszego globu gdzie wzrost nie ma znaczenia a Europejczycy mają problem techniczny z patrzeniem tubylcom prosto w oczy. A pewne zasady sprawdzają się niezależnie od miejsca ich zastosowania. Jakiś czas temu z przyjacielem pokusiłem się o zrobienie licencji na katamaran. Nie będę się rozwodził nad nauką pokory w chwilach niemożności zrobienia prostego zwrotu przez sztag. Jednym z elementów rozpędzenia się na tym urządzeniu do prędkości zapewniającej fun i adrenalinę jest prawidłowe balastowanie. Panie mądrala fajne, że Pan ma radochę na wodzie ale co to ma do mojego start’up’a lub też pomysłu?
Masz fajny pomysł, dużo zapału i jeszcze więcej energii ale jeszcze nie wiesz jak tym dziadostwem sterować. Jest duża szansa, że zaraz po starcie zrobisz spektakularną wywrotkę kończąc wyścig. No to idziesz się pytać jak jej uniknąć. Wszelkiego rodzaju spotkania, konsultacje ze specjalistami lub sesje mentoringowe mogą być na tyle pomocne co i zabójcze. Wiedza i informacja TAK. Brak wiary w powodzenie przedsięwzięcia NIE.
Pan Mentor mówi “to się nie sprzeda bo wiedziałem już 5 takich i się nie sprzedały … ” - za burtę go.
Pan Mentor mówi “na sprzedaż pomarańczowych ogórków nie jest dobry czas … ” – za burtę go.
Pan Mentor mówi “to się nie rozkręci bo (JA) kompletnie nie (WIEM) wiadomo o co chodzi … ” za burtę go i na drugą stronę jeziora żeby nas wpław nie dogonił.
Uważaj żeby nie przebalastować bo wtedy nie ruszysz z miejsca lub też ruszysz ale będziesz płynął zachowawczo i dasz się wyprzedzić pani co przyszła popływać żabką.
Czyli co balast nie potrzebny? Jak lubisz pływać wpław obok tej wcześniej wymienionej pani żabkarki albo masz zadatki na kamikadze to niepotrzebny. W pozostałych przypadkach się przydaje.
Problem? czyli stawanie do pionu.
Jakie jest ryzyko? Ano takie, że jednak fikniesz. Powiem Ci więcej, to że fikniesz jest pewne tylko nie wiadomo jak i kiedy. I co wtedy? To zależy ile wiary i zapału zostało Ci po tych wszystkich sesjach mentoringowych
1. Płyniesz sam
Ucierpiało twoje ego, ale nie jesteś z tych co płaczą z byle powodu. Wiatr (opportunity) ciągle wieje. Samemu jest trudno ale jeśli “wieje” dasz radę. Wspinasz się na pływak, przerzucasz lajfline przez górny. Przy okazji nie zapomniałeś lajfliny z brzegu prawda? Odwracasz katamaran żaglem pod wiatr i ciągniesz byle końcówka masztu wylazła z wody. Im mocniej wieje tym łatwiej Ci pójdzie. Potem wskakujesz na trampolinę (tak, tak na takich sprzętach na ma luksusowego pokładu z egzotycznego drewna) wybierasz żagle i wracasz na kurs starając się nie powtórzyć błędu .
2. Płyniesz z załogantem.
Załogant wykonał spektakularny lot na trapezie i wylądował … no właśnie sprawdzasz czy Ci się załoga nie topi bo ludzie to podstawa. Potem robisz wszystko co w punkcie 1 tylko, że we dwóch czyli dwa razy szybciej. Tylko pamiętaj jeżeli załoganta poślesz do wody 5 razy ciągu 15 minut to zacznie on otwarcie krytykować Twoje umiejętności jako sternika. Zaproponuje zamianę rolami albo zacznie przebąkiwać, że chciałby już wysiąść. Zwykle nie wysiądzie bo wpław do brzegu daleko ale się zastanowi nad tym.
Dobrze przetrenowane stawianie do pionu zajmuje niewiele więcej niż wywrotka. Jeżeli nauczysz się sprawnie podnosić po upadku to masz ogromną przewagę niezależnie od tego co robisz.
Wygrana?
Ale czy wygram(y)?
Panie a skąd niby ja mam to wiedzieć skoro nie wiem w jakich zawodach Pan startuje
Jeśli “regaty” są dobrze obsadzone to szanse na podium marnie wyglądają chociaż historia notuje przypadki braku umiejętności, wyjątkowego szczęścia oraz pecha u konkurencji. Zupełnie inaczej kiedy regaty zorganizowano na partyzanta, wiatr wieje i wiadomo że będzie zmieniał siłę i kierunek często, płyniemy na nieznanym akwenie a do tego każdy płynie na sprzęcie w wersji prototypowej (czytaj beta).
Wtedy to:
- odwaga do popłynięcia na granicy stabilności
- sprawne balastowanie
- umiejętność wyczuwania skąd wieje wiatr i szybkich zmian kursu
- sprawne stawianie się do pionu
zapewnią Ci:
- wygraną w tych konkretnych “zawodach”
- doświadczenie abyś kiedyś mógł postawić 10 razy większe żagle i z 10 razy większą załogą ścigać się i wygrywać bez obawy o wywrotkę.
Czego niniejszym Ci życzę
Dzień dziecka i nowy RSS
Normalnie prawdziwy INFP to sobie może w łeb szczelić jak chodzi o konsekwencje w działaniu. Napisane było, że raz w miesiącu co najmniej a maj przeleciał niewiadomo kiedy. I na dzień dziecka prezent być musi. Szef się powstrzyma od reprymendy. Ale teraz to już do roboty tak żeby średnia za 2 miesiące wyszła przyzwoita. Przecież się nie poddam. Nieprawdaż? ![]()
Jak to zwykle w spóźnionych projektach wszystko to kwestia przyczyn technicznych czytaj tyle trwało uruchomienie nowego feed’u oraz domeny.
Muwie WOMM – Punkt widzenia
Czas na ulubioną robotę, czyli łączenie pozornie niezwiązanych rzeczy i faktów w coś nowego
Weżmy więc
1. Wpis o relacji video z muwie WOMM – bo wypowiedzi celne a u mnie potrzeba kreatywności ruchowej (motion creation)
2. Prezentacje Jeff’a bo pokazuje case-study start-up’a który bez EC2 wyłożyłby by się tak, że żaden pan Gąbka nie pomoże. Nie wyłożył się (thank you Jeff) i proponuje coś dla ludzi zza obiektywu.
3. Inspiracje od Aleksandry L., która pokazuje jak różne rzeczy można do gara włożyć z fantastycznym efektem końcowym.
4. Fakt, że skoro punkt widzenia zależy od punktu siedzenia to jeśli autor nie ma czasu usiąść punkt widzenia może być kompletnie różny od powszechnie uznanego.
Pomocniczy środek stanowi karta płatnicza we walucie.
Ladies and gentelmen. It’s time to rock’n'roll
*** Disclaimer ***
Clip was done for both: media and fun






