Zimowy ślub - Emilka i Michał

Mój pierw­szy ślub. To zna­czy dru­gi, a wła­ści­wie trze­ci. Mniej­sza o cyfer­ki. Pierw­szy, na któ­rym pod­no­sze­nie szkła ozna­cza­ło dźwi­ga­nie obiek­ty­wów. A było to tak, że razu pew­ne­go popeł­ni­łem zdję­cia na zawodach strzeleckich. Kie­dy oka­za­ło się, że myśli­wy Michał dał się upo­lo­wać nie­ja­kiej Emil­ce, nie moż­na było prze­pu­ścić oka­zji aby spra­wę uwiecz­nić dla potom­nych. Potom­ków ewen­tu­al­nie.

Nie na dar­mo foto­gra­fia ślub­na uwa­ża­na jest za jed­ną z naj­bar­dziej wyma­ga­ją­cych dzie­dzin. “Nic dwa razy się nie zda­rza”, a popro­sić o powtór­kę ślu­bu z tym samym face­tem to moż­na było ewen­tu­al­nie tyl­ko Liz Tay­lor. Tem­pe­ra­tu­ra emo­cji rosła w mia­rę zbli­ża­nia się daty impre­zy, pod­czas gdy tem­pe­ra­tu­ra na zewnątrz mala­ła w rów­nie gwał­tow­nym tem­pie.

Było zim­no­oooo

Dość powie­dzieć, że w dniu zaślu­bin usta­bi­li­zo­wa­ła się na pozio­mie minus pięt­na­ście, z ten­den­cją do nur­ko­wa­nia w kie­run­ku minus dwu­dzie­stu na impre­zie wesel­nej. Było zim­no­ooo. Czy dam radę? Prze­sko­ki pomię­dzy plus dwa­dzie­ścia pięć i minus dwa­dzie­ścia to raczej testy eks­tre­mal­ne. No ale prze­cież dla­te­go wła­śnie mam w ręku Jaśnie Pana Cano­na Pią­te­go Mar­ka Dru­gie­go. Ma dzia­łać i basta. Na wszel­ki jed­nak wypa­dek popro­si­łem Anetkę Psotną Fotografkę o współ­udział. Tekst “apa­ra­cik mi zamarzł” nie jest tym co mło­dzi chcą usły­szeć przy wrę­cza­niu odbi­tek.

Został opra­co­wa­ny gry plan. Zegar­ki zosta­ły zsyn­chro­ni­zo­wa­ne, aku­mu­la­to­ry spraw­dzo­ne razy sie­dem. Dnia poprzed­nie­go wizja poka­za­ła, że miej­sca jest dosta­tek, a świa­tła jak na lekar­stwo. 580EXII (lam­pa bły­sko­wa) wylą­do­wa­ła więc w ple­ca­ku, a dodat­ko­wo uknu­ty został plan wyko­rzy­sta­nia świe­żo naby­tej przez Ane­tę lam­py stu­dyj­nej, para­sol­ki oraz sta­ty­wu.

I tak to od dzie­sią­tej rano, kie­dy fry­zjer­ka wzię­ła w obro­ty pan­nę mło­dą, dwa apa­ra­ty strze­la­ły co i raz uwiecz­nia­jąc ten wspa­nia­ły dzień, wie­czór i noc. Gdy­by nie powszech­na opi­nia, że foto­gra­fia to sama przy­jem­ność, szes­na­sto-godzin­ny mara­ton moż­na by uznać za wyczer­pu­ją­cy.

Spostrzeżenia

Plan zmian obiek­ty­wów pozwo­lił jako tako unik­nąć zapa­ro­wa­nia w trak­cie prze­cho­dze­nia z zewnątrz do wewnątrz. Testo­wa­łem to już kie­dyś na lodo­wi­sku latem. Wte­dy wysze­dłem chwi­lę na dwór a kie­dy wró­ci­łem mia­łem z gło­wy obiek­tyw na 15 minut. Oczy­wi­ście nie zabra­łem szmat­ki.
Uczest­ni­cząc w przy­go­to­wa­niach z mło­dy­mi, któ­rych się zna, łatwo zapo­mnieć o foto­gra­fo­wa­niu prze­cho­dząc nie­świa­do­mie w uczest­nic­two. W małym miesz­ka­niu z obiek­ty­wem 50mm przy­da­ły­by się skrzy­dła albo cho­ciaż uprząż z kata­ma­ra­na. Co by się pod­wie­sić do sufi­tu w dobrym miej­scu nie prze­szka­dza­jąc w przy­go­to­wa­niach.

Wra­że­nie, jako­by w koście­le, w któ­rym jest względ­na cisza, wszy­scy sły­szą przy­śpie­szo­ny łoto­mot nasze­go ser­ca, jest myl­ne. Wra­że­nie nato­miast, że przy­śpie­szo­ne bicie ser­ca powo­du­je koniecz­ność skró­ce­nia cza­su otwar­cia migaw­ki żeby zacho­wać ostrość zdję­cia, jest jak naj­bar­dziej pra­wi­dło­we. No ale czym by było życie bez emo­cji? 🙂

Bycie o dwie sekun­dy wcze­śniej w miej­scu dobre­go kadru to poło­wa suk­ce­su, dru­ga to umie­jęt­ność prze­miesz­cza­nia się z zamknię­ty­mi ocza­mi (kadru­je lewym okiem).

Pomysł z “foto-kio­skiem” na kana­pie oka­zał się bar­dzo faj­ny, ale ludzi­ska trze­ba było zgar­niać siłą dla ich wła­sne­go dobra.

Czu­łość ISO 6400 w par­kie­to­wych warun­kach jest uży­tecz­na. Oka­zu­je się, że pro­ble­mem jest kadro­wa­nie. Zdję­cia moż­na zro­bić nawet wte­dy, kie­dy w wizje­rze pra­wie nic nie widać.

Czer­wo­ny kolor przy­cią­ga obiek­tyw.

Jak było?

Inten­syw­nie. Jak zwy­kle kie­dy jest pierw­szy raz. Inten­syw­nie, zarów­no pod wzglę­dem emo­cji, zaan­ga­żo­wa­nia inte­lek­tu­al­ne­go i fizycz­ne­go. Koło dru­giej w nocy orga­nizm odtrą­bił faj­rant. 🙂 Paso­wał mi repor­ta­żo­wy cha­rak­ter tych zdjęć. Po pro­stu jesteś obok i łapiesz w kadrze chwi­le. Z dru­giej stro­ny świa­do­mość nie­po­wta­rzal­no­ści każ­de­go momen­tu, kła­dzie cięż­ką łapę na pier­siach. Ze sprzę­tem na ple­cach two­rzy to nie­zły bagaż do dźwi­ga­nia. O ile łapy moż­na się pew­nie pozbyć z cza­sem, o tyle bie­ga­nie z kil­ko­ma kilo­gra­ma­mi sprzę­tu jest wpi­sa­ne w ten rodzaj zdjęć.

Ist­nie­je jesz­cze jed­na wyjąt­ko­wa chwi­la, kie­dy uśmiech poja­wia się w trak­cie pierw­sze­go oglą­da­nia zro­bio­nych zdjęć.
Czy chciał­bym powtó­rzyć? No a po co to piszę? Prze­cież zima w peł­ni 😉

Fotografie

Dzie­ku­ję Emil­ce i Micha­ło­wi za moż­li­wość uwiecz­nie­nia tych pięk­nych chwil.
Wybra­ne zdję­cia poni­żej a cała tro­chę wię­cej w galerii na photo.jimb40.com

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Tags: , , , ,

Jedna odpowiedź do “Zimowy ślub - Emilka i Michał”

  1. Aneta Babiuk-Massalska wtorek, 4 Styczeń 2011 dnia 22:02 #

    Pozdro­wie­nia dla Cie­bie, Rober­cie i dla Was Mło­dzi! Na rok 2011 i na życie naj­lep­sze życze­nia. 🙂

Zostaw odpowiedź